Wiadomości

W Bielsku maszerowali. Bo każde życie jest cenne! Te słowa towarzyszyły im w czasie modlitwy w katedrze i na ulicach Bielska-Białej, którymi przeszedł trzeci Marsz dla Życia i Rodziny. Często wracali do nich uczestnicy rodzinnego festyny, który odbył się na zakończenie przy Bielskim Centrum Kultury.

- Idźmy z wiarą w tym Marszu dla Życia i Rodziny, zatytułowanym "Każde życie jest cenne". Bo to wiara daje nam motywację, by w taki sposób powiedzieć: Każde życie jest od Boga - każde jest bezcenne! - apelował bp Roman Pindel do uczestników tego marszu.
 
Ulicami przeszło ponad tysiąc osób, niosących transparenty i z hasłami promującymi wartość życia i rodziny. Swoje piopracie dla życia manifestowały osoby w różnym wieku. Było też wiele rodzin z małymi dziećmi. Dla najmłodszych organizatorzy marszu przygotowali baloniki, kolorowe wiatraczki, a także rozdawane w drodze figurki maleńkiego Jasia: dziecka rozwijającego się w łonie matki.
 
Dziękujemy za życie!
 
Odbywający się w Bielsku-Białej po raz trzeci Marsz dla Życia i Rodziny poprzedziła Eucharystia w katedrze św. Mikołaja, koncelebrowana pod przewodnictwem biskupa Romana Pindla m.in. przez proboszczów bielskich parafii, z dziekanem ks. prał. Krzysztofem Ryszką, a także przez diecezjalnego duszpasterza rodzin ks. Tomasza Gorczyńskiego oraz dyrektora diecezjalnej Caritas ks. Roberta Kasprowskiego. Wszystkich kapłanów i uczestników marszu powitał w katedrze proboszcz ks. prał. Zbigniew Powada.
 
- To z pewnością dobry wstęp do naszej modlitwy - mówili z uśmiechem uczestnicy marszu, gdy przy wejściu do katedry mijali się z nowożeńcami i uczestnikami zakończonej właśnie Mszy Świętej ślubnej.
 
Podczas Eucharystii w intencji rodzin i ochrony życia bp Pindel przytaczając losy małżonków, którym urodziło się dziecko z zespołem Downa, wskazywał na różne postawy, z jakimi przyjęte zostało to nowe życie w rodzinie, akceptowane i kochane przez matkę, ale odrzucone przez ojca, który nie mógł się pogodzić z taką realizacją swoich ojcowskich planów.  Jak podkreślał bp Pindel, żadne życie nie może być wartościowane w taki sposób, uzależniony od tego, czy odpowiada ludzkim planom, czy zaskakuje człowieka, czy odpowiada jego prestiżowi...
 
- Chcemy w tym marszu wyrazić, że naprawdę każde, nawet to życie, które nam trudno zaakceptować, jest bezcenne. Chcemy zamanifestować Ewangelię Życia, bo każdy człowiek ma życie od Boga. Życie człowieka ma wielką wartość w oczach Boga samego, który dał to życie. Nawet jeżeli jest bolesne dla otoczenia, a także dla niego samego. To życie jest bezcenne, nawet jeżeli trzeba kilkadziesiąt lat  czekać na rozwiązanie zagadki: dlaczego? Dlaczego muszę dobijać się o sens tego, co dzieje się w mojej rodzinie, tego, co mi się przytrafiło... - dodawał Bp Pindel.
 
W modlitwie, a także podczas marszu uczestniczyła m.in. grupa ubranych w historyczne stroje średniowiecznych wojów, z krzyżem opatrzonym datą 966 roku. - To oczywiście przypomnienie, że maszerujemy w tym roku także z wdzięcznością za jubileusz 1050. rocznicy chrztu Polski - tłumaczył ks. Tomasz Gorczyński.
 
Nie bójcie się dzieci!
 
W drodze maszerujący zatrzymali się na placu Chrobrego, gdzie wysłuchali świadectwa Małgorzaty Martyniak, mamy trojga dzieci, w tym 8-letniego Konstantego z zespołem Downa. Małgorzata Martyniak jest tez prezesem stowarzyszenia Wielkie Serce, skupiającego rodziny dzieci z zespołem Downa.
 
- Pan Bóg posługuje się tym, co słabe i odrzucone, by zmieniać nasze serca - mówiła, opowiadając, jak wiele dobra wniosło w życie jej rodziny pojawienie się najmłodszego synka Kostka. - Takie dzieci udowadniają nam, że można cieszyć się życiem i być szczęśliwym, nie będąc zdrowym. Mówią nam, że bogactwo nie jest najważniejsze, bo najważniejszy jest drugi człowiek i to, czy potrafimy go kochać. Tego nieustannie uczę się od swojego dziecka i dzieci z zespołem Downa, z którymi mam styczność. Są one niezwykle ewangeliczne, a ich mowa jest jasna: tak - tak, nie - nie. U nich nie ma żadnej ściemy...
 
Jak dodawała, wychowanie dziecka ma swoje oczywiście też wiele trudnych momentów, począwszy od żałoby, którą trzeba przeżyć na początku, gdy umierają marzenia o zdrowym dziecku, aż po codzienne zmagania, wysiłki związane z rehabilitacją i usprawnianiem dzieci.
 
- Żadne z moich dzieci nie potrafi tak oddawać miłości, jak ten najmłodszy syn. Chciałam powiedzieć, żebyście się nie bali przyjmować do swojego grona osoby, które funkcjonują może trochę inaczej niż my, ale są tak samo cenne jak inni. One otwierają świat na miłość - dodawała.
 
Na drugim przystanku, przed Książnicą Beskidzką, swoim świadectwem podzielili się rodzice, którzy zaadoptowali dwóch synów. Opowiedzieli o swoich nadziejach i obawach, które towarzyszyły im podczas decyzji o adopcji.
 
- Wszystko, co działo się podczas pierwszego roku życia naszego pierwszego synka Jasia, było spełnieniem tego, o czym przez pierwszych dziesięć lat naszego życia marzyliśmy - przyznawali małżonkowie.
 
- Gdy Jaś skończył 3 miesiące, zgłosiliśmy chęć przyjęcia jeszcze jednego dziecka. Na Stasia czekaliśmy ponad 3 lata, a przywieźliśmy go do domu w dniu moich urodzin. Pan Bóg znowu sprawił nam fantastyczny prezent. Poczuliśmy, że nareszcie jesteśmy prawdziwą rodziną, bo nasze dzieci mają oprócz nas także siebie nawzajem. Wspaniale był obserwować, jak wszyscy uczymy się tego bycia razem - wspominali, nie ukrywając, że jak w każdej rodzinie, przychodziły i trudne momenty, choroby dzieci, problemy.
 
- Minęło sporo czasu. Nasi chłopcy chodzą już do szkoły. Cieszymy się, kiedy się do nas przytulają, mówią, że nas kochają. Pewnie popełniamy wciąż sporo błędów wychowawczych, za mało w nas wdzięczności, ale nie wyobrażamy sobie naszego życia bez Jasia i Stasia. Ich obecność w naszej rodzinie nadała naszemu życiu sens - mówili.
 
Rodzinne świętowanie
 
W parku wokół Bielskiego Centrum Kultury, gdzie zakończył się marsz, czekały na rodziny rozmaite atrakcje, które pomogli przygotować m.in. wolontariusze Caritas. Na rodzinne świętowanie błogosławieństwa udzielił wszystkim uczestnikom marszu dziekan ks. prał. Krzysztof Ryszka, a do wspólnej zabawy zachęcała śpiewem rodzina bielskiego muzyka Piotra Mireckiego, który na scenie wystąpił z żoną Małgosią i dwoma synami.
 
Później pojawiły się dziecięce grupy zespołu "Włóczykije", a swój spektakl poetycko-muzyczny zaprezentowali uczniowie Zespołu Szkół im. ks. Józefa Tischnera z Ligoty.
 
Były zabawy dla dzieci, które w stroju Papy Smerfa poprowadził ks. Zygmunt Mizia, były smakołyki z grilla i słodkie wypieki, a także ćwiczenia w gaszeniu pożaru, które poprowadzili z najmłodszymi strażacy. Maltańczycy uczyli chętnych udzielania pierwszej pomocy, a wojowie - strzelania z łuku.
 
Dorośli mogli też złożyć podpisy pod petycją w obronie życia dzieci, skierowaną do parlamentarzystów, zapoznać się z propozycjami duszpasterstwa rodzin czy rodzicielstwa zastępczego.
 
Sporo radości i emocji towarzyszyło podsumowaniu prowadzonej przez Caritas akcji "Kilometry dobra". Na długich taśmach pieczołowicie przyklejone pięknie prezentowały się zebrane złotówki.
 
- Zebraliśmy ponad 210 metrów tych złotówek. To jest kwota ponad 7 tysięcy złotych, które przeznaczymy na dofinansowanie pomocy dla dzieci: na wakacyjny wypoczynek i rehabilitację - zapowiada ks. Robert Kasprowski.
 
bielsko.gosc.pl

 

Osadzeni otrzymali Ewangelię i świadectwo nadziei.
 
Ordynariusz bielsko-żywiecki Roman Pindel odwiedził areszt śledczy w Bielsku-Białej. Modlił się z osadzonymi w kaplicy. Podarował kilkadziesiąt egzemplarzy Ewangelii dla więźniów oraz Biblię do tutejszej biblioteki. Rozmawiał także z funkcjonariuszami służby więziennej.
 
Spotkanie, które w wyjątkowy sposób wpisuje się w obchody Jubileuszu Miłosierdzia, zorganizował kapelan aresztu ks. Tomasz Gorczyński. Jego zasadniczym celem była wspólna modlitwa w niewielkiej kaplicy, urządzonej kilka lat temu. Jest tutaj tabernakulum z Najświętszym Sakramentem a także obraz Jezusa Miłosiernego. Biskup zapoznał się także z warunkami pobytu osadzonych, odwiedził cele aresztantów, pomieszczenia spotkań z rodzinami w czasie widzeń oraz gabinet stomatologiczny.
Przekazując więźniom podręczne egzemplarze Nowego Testamentu bp Roman Pindel zwrócił uwagę na fakt, iż więzienie ściśle wiąże się z chrześcijaństwem:
− Chrystus został skazany przez dwie władze na więzienie i śmierć; Ewangelia w pierwszych dziesiątkach lat była głoszona w dużych miastach i w więzieniu; apostołowie przechodzą przez doświadczenie więzienia, głoszą tam Ewangelię i świadczą o Jezusie − wyliczał ordynariusz bielsko-żywiecki. W okolicznościowym słowie wspomniał jeszcze dwa więzienne epizody: historię Jaquesa Fescha, który w latach 50. ubiegłego wieku skazany na śmierć za napad z bronią w ręku, w więzieniu przeżył nawrócenie oraz żałujących swojej zbrodni morderców błogosławionych męczenników z Peru: Michała Tomaszka i Zbigniewa Strzałkowskiego.
− W każdym istnieją pokłady dobra − powiedział aresztantom ksiądz biskup. − Zawsze jest światło nadziei. Łaska Boża w tajemniczy sposób działa i przychodzi. Trzeba być na nią otwartym − powiedział. Zachęcił także do oddania się Bogu w duchu zaufania, o którym przypomina znajdująca się w kaplicy niewielka kopia wizerunku Jezusa z Łagiewnik.
Podczas spotkania z dyrekcją i funkcjonariuszami aresztu bp Roman Pindel zapoznał się ze specyfiką zakładu. Przebywają tutaj osadzenia w trakcie trwania dochodzenia i procesu, a więc jeszcze przed wydaniem wyroku. Ze względów bezpieczeństwa i dla dobra prowadzonego postępowania wielu z nim nie może mieć z sobą kontaktu. To utrudnia również pracę duszpasterską. W niedzielę i święta spotkania modlitewne odbywają się w kilku, czasami nawet kilkunastu grupach więźniów, sukcesywnie doprowadzanych ze swoich cel do kaplicy, z zachowaniem wszelkich rygorów więziennych. Wielu osadzonych przebywa tutaj tylko przez pewien, krótki czas, więc niemożliwe staje się także - w odróżnieniu od więzienia, w którym przebywają osadzeni już po wydaniu wyroku - długofalowe i systematyczne oddziaływanie duszpasterskie. Kapelania w bielskim areszcie funkcjonuje od początków istnienia diecezji bielsko-żywieckiej. Pierwszym kapelanem aresztu był nieżyjący już ks. Antoni Kajzerek. Obecnie funkcję tę pełni ks. Tomasz Gorczyński. Kapelan jest do dyspozycji aresztantów dwa razy w tygodniu, w tym również w niedzielę. Odprawia Mszę św. w tutejszej kaplicy, udziela sakramentów świętych, prowadzi indywidualne rozmowy. Dzięki życzliwości ofiarodawców zaopatruje aresztowanych także w lekturę i prasę katolicką, w tym także w „Gościa Niedzielnego”, dewocjonalia, modlitewniki i różańce.
 
bielsko.gosc.pl

- To jest sprawa dla odważnych. Mówisz: "Jezu Ty się tym zajmij...", odchodzisz i już nie rozpamiętujesz: "A może czegoś nie powiedziałem, a może nie usłyszał?" - mówił młodym w Bielsku-Białej ks. Przemysław Sawa, misjonarz miłosierdzia.

Młodzi misjonarze z różnych części diecezji spotkali się na Misyjnym Dniu Dziecka w żywieckiej parafii konkatedralnej Narodzenia NMP, na zaproszenie ks. Janusza Talika - dyrektora Papieskich Dzieł Misyjnych w diecezji. Gościem spotkania był misjonarz ks. Łukasz Szweda.

Jak się pozdrawiają katolicy na Jamajce - a stanowią zaledwie dwa procent liczby wszystkich mieszkańców?
- Bóg jest dobry!
- Zawsze!
- Zawsze!
- Bóg jest dobry!
Jamajskiego pozdrowienia uczył wszystkich w żywieckiej konkatedrze ks. Łukasz Szweda, misjonarz pochodzący z Czechowic-Dziedzic, który był w żywieckiej parafii wikarym przez 9 lat, a od 4,5 roku pracuje na placówce misyjnej na Jamajce. Ks. Łukasz był gościem specjalnym diecezjalnego Misyjnego Dnia Dziecka, na który młodych pomocników misji z całego Podbeskidzia zaprosił do Żywca ks. Janusz Talik. Do konkatedry przyjechały dzieci z kół misyjnych działających w różnych częściach diecezji. Najliczniej - mali misjonarze z Czańca, Pietrzykowic, Łodygowic i Hałcnowa.
 
Pan Bóg naprawdę jest dobry
 
Dwa razy w roku - w październiku i w czerwcu - aula Domu Katolickiego przy konkatedralnej parafii narodzenia NMP w Żywcu zmienia się w specyficzną globalną wioskę - każdy jej zakamarek przypomina inny kontynent. Tylko w samym środku sali jest europejsko - stoliki i krzesła zapraszają do goszczenia się przy kawie, herbacie i domowych wypiekach.
 
"Kawiarenka misyjna", to pomysł opiekunów i dzieci żywieckiego ogniska misyjnego i młodych pomocników misji z Gimnazjum nr 2. W czerwcu, w związku z Dniem Dziecka, a w październiku z okazji Tygodnia Misyjnego jak potrafią, zachęcają wszystkich parafian do zainteresowani sprawami misji.
 
Tegoroczne spotkanie rozpoczęła Msza św. w intencji misji, sprawowana przez ks. Janusza Talika i ks. Łukasza Szwedę. Misjonarz opowiedział o swojej pracy, która w równej mierze polega na odbudowywaniu będących w ruinie zabudowań parafialnych po 14-letniej nieobecności jakiegokolwiek duszpasterza na tym terenie, ale i budowaniu wspólnoty Kościoła Jezusa Chrystusa w miejscu, gdzie katolicy są mniejszością - i to mniejszością pogardzaną i wyszydzaną.
 
- Mało kto korzysta z sakramentu pokuty i pojednania, bo nikt ich tego nie nauczył. Sakrament małżeństwa to też rzadkość. Za 4,5 roku mojego pobytu miałem trzy śluby, co i tak jest wielką radością, bo mój sąsiad, pracujący w parafii 11 lat nie miał jeszcze żadnego... - mówi ks. Szweda. - Czuję się bardzo niewdzięcznym człowiekiem. Tylu ludzi mi pomaga, a ja nie jestem w stanie każdemu osobiście podziękować. Dlatego choć raz w roku chciałbym przyjechać, podziękować ludziom i powiedzieć, że Pan Bóg naprawdę jest dobry. Ja się zdecydowałem wyjechać, a On o wszystko się troszczy. I o tym też chciałbym wszystkich zapewnić, żeby w to nigdy nie zwątpili.
 
Druga linia frontu
 
Po Mszy św. młodzi misjonarze przebrani w stroje mieszkańców wszystkich kontynentów kwestowali przed kościołem na rzecz misji na Jamajce, a następnie, już w Domu Katolickim, razem z siostrą Leonią Majchrzak, serafitką, prowadzili misyjne gry, zabawy i konkursy z nagrodami dla maluchów. Na wszystkich czekały też wata cukrowa, gofry i frytki przygotowane przez mamy z Hałcnowa.
 
- Pochodzący z mojej rodzinnej parafii w Łękawicy misjonarz, nieżyjący już o. Czesław Duda zwrócił kiedyś uwagę, że wyjazd na misje to jedno - i nie jest to najtrudniejsze. Wyjeżdżając na misje, dobrze mieć za sobą ludzi, którzy działają na drugiej linii frontu tu, na miejscu. Takich ludzi, którzy wspierają modlitwą, pamięcią, czasem innym wsparciem bardzo potrzeba misjonarzom - mówi ks. Janusz Talik, który od kilku tygodni pełni obowiązki dyrektora Papieskich Dzieł Misyjnych w diecezji bielsko-żywieckiej, zastępując w tej roli ks. Stanisława Budziaka.
 
- Jestem wdzięczny mojemu poprzednikowi, ks. Stanisławowi Budziakowi za wszystko co da misji i misjonarzy robił i mam nadzieję uda się wiele zapoczątkowanych przez niego dzieł kontynuować, a przy tym poszerzyć krąg ludzi, którzy sami będą chcieli być misjonarzami we swoim środowisku, ale i pomagać misjom w różnych częściach świata.
 
Dzieci - na misje!
 
Ks. Talik zachęca katechetów, nauczycieli, osoby dorosłe zaangażowane w życie parafii, by nie wahali się tworzyć misyjne grupy dzieci. Bo to bardzo często dzieci motywują dorosłych do pomagania misjom.
 
- Dzieci bardzo lubią konkretne działania: lubią się przebrać w mieszkańców innych krain, przygotować atrakcje na festyn misyjny, upiec ciasto (i tu już angażują rodziców, więc same stają się misjonarzami) - mówi ks. Talik. - Pamiętam też jak tu w Żywcu adoptowaliśmy kiedyś - na odległość - trójkę dzieci z Togo. Co jakiś czas przychodziły wiadomości od naszych podopiecznych. Dzieci na nie czekały. Kiedy na przykład usłyszały, że ich kolega marzy o rowerze, uzbierały pieniądze, a potem zobaczyły zdjęcie chłopca na "ich" rowerze. To daje im wielką radość i motywację. Warto im też wytłumaczyć, że misjonarz to ten, kto niesie innym Dobrą Nowinę. Każdy z nas jest więc wezwany do bycia misjonarzem.
 
Na zakończenie dzieci i ich opiekunowie zrobili sobie wspólne zdjęcie z pozdrowieniami dla wszystkich bielsko-żywieckich misjonarzy!
 
Obecnie na misjach pracuje sześciu bielsko-żywieckich księży diecezjalnych (siódmy przygotowuje się do wyjazdu na misje) oraz cztery wolontariuszki świeckie: w Brazylii, Peru, Gwatemali i Boliwii.
 
bielsko.gosc.pl

Były więzień nr 752 zmarł w Krakowie w dniu 76. rocznicy osadzenia go w KL Auschwitz. Do obozu przybył 14 czerwca 1940 roku wraz z pierwszym transportem więźniów, przywiezionych tutaj z Tarnowa.

Wiadomość o śmierci Józefa Stósa poprzedziła rozpoczęcie zaplanowanych na dzisiejsze popołudnie obchodów 76. rocznicy pierwszego transportu polskich więźniów do KL Auschwitz. Tę datę przyjmuje się także jako początek funkcjonowania obozu koncentracyjnego. W latach 1940-1945 hitlerowcy deportowali do Auschwitz około 150 tysięcy Polaków. Stanowili oni drugą co do wielkości - po Żydach - grupę więźniów obozu. Co najmniej połowa z nich zginęła w Auschwitz, a wielu kolejnych po przeniesieniu do innych obozów. Od 2006 r. decyzją Sejmu RP 14 czerwca obchodzony jest jako Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Nazistowskich Obozów Koncentracyjnych.

Józef Stós wraz z kolegami, którzy przeżyli obóz koncentracyjny, wielokrotnie zwracał się do władz III RP, z ówczesnym prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim na czele, z prośbą o nadanie dniowi pierwszego transportu do KL Auschwitz charakteru święta narodowego, upamiętniającego Polaków, którzy zginęli w nazistowskich kacetach. Te apele pozostawały bez echa. Dopiero kiedy dokładnie 10 lat temu byli więźniowie zagrozili pikietą przed Sejmem oraz okupacją budynku, w którym umieszczono więźniów pierwszego transportu, ówczesne władze podjęły uchwałę o ustanowieniu święta dedykowanego polskim ofiarom niemieckich nazistowskich obozów koncentracyjnych.

Józef Stós miał 95 lat. Przed wojną był harcerzem. W sierpniu 1939 roku zgłosił się na ochotnika do Pomocniczej Służby Wojskowej. Wkrótce trafił do niewoli sowieckiej. Uwolniony z niej wrócił do rodzinnego Okocimia na ziemi tarnowskiej. Władze okupacyjne uwięziły go w Tarnowie jako sowieckiego szpiega. Stąd trafił do Auschwitz z pierwszym transportem więźniów.  29 października 1944 r. został przeniesiony do obozu Sachsenhausen, potem do Buchenwaldu. W ostatnich dniach wojny szedł w konwoju pieszym do Dessau-Roeslau, a następnie płynął Łabą na barkach. Po kilku nieudanych próbach zatopienia barek przez eskortujących ich Niemców, 8 maja 1945 r. pokierował ucieczką ok. 50 osób. Po wojnie Józef Stós wrócił w rodzinne strony. Został architektem. Pracę łączył z zaangażowaniem społecznym. Wielokrotnie dawał świadectwo swoich wojennych losów, dzieląc się nim między innymi z uczestnikami Sesji Kolbiańskiej oraz innych spotkań organizowanych dla upamiętnienia męczeństwa narodu polskiego. Był założycielem Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Rodzin Oświęcimskich i współzałożycielem Polskiej Unii Seniorów.

bielsko.gosc.pl

Częstograj

Polecamy muzykę

Polecane audycje

Katechezy w Bazylice